20/09/2026
Wh**ky Festival Sopot – morze, destylaty i ludzie
Relacja z festiwalu Domu Wh**ky
Każdy festiwal wh**ky zaczyna się właściwie w momencie, kiedy zamykają się za nami drzwi domu. Tym razem moja droga rozpoczęła się w Głogowie, prowadziła przez Wrocław i dalej, aż do Sopotu. Początkowo zakładałem, że podróż spędzę samotnie, ewentualnie po drodze znajdę kogoś interesującego do rozmowy. Los postanowił jednak rozpocząć festiwal znacznie wcześniej.
W Lesznie spotkałem znajomych z Głogowa, którzy również jechali w stronę Trójmiasta. Przypadkowe spotkanie, które od razu przypomniało mi, że festiwale wh**ky mają jedną wyjątkową cechę: często najciekawsze rzeczy zaczynają się dziać poza oficjalnym programem.
Sopot zamiast Jastrzębiej Góry
Festiwal Domu Wh**ky zajmuje w mojej pamięci szczególne miejsce. Jeszcze zanim wydarzenie przeniosło się do Sopotu, odbywało się w Jastrzębiej Górze. Tamta lokalizacja miała własną atmosferę, nadmorski klimat, specyficzną przestrzeń i poczucie, że wh**ky spotyka się tutaj z wakacyjnym charakterem polskiego wybrzeża.
Sopot to już zupełnie inna historia.
Była to moja pierwsza wizyta na Wh**ky Festival Sopot, dlatego od początku patrzyłem na wydarzenie trochę inaczej. Z jednej strony przez pryzmat wcześniejszych doświadczeń, z drugiej, jak na nowy rozdział festiwalu, który przez lata zdążył wypracować własną markę.
Bo Dom Wh**ky to nie tylko butelki ustawione na stołach.
To przede wszystkim ludzie. Spotkania, rozmowy, przypadkowe znajomości, powroty do dawno niewidzianych osób i możliwość skonfrontowania własnych doświadczeń z tymi, którzy wh**ky tworzą, importują, promują i przede wszystkim, piją.
A przecież właśnie o to w takich wydarzeniach chodzi.
Oczywiście wh**ky pozostaje najważniejszym bohaterem. Ale nie jedynym.
Wh**ky w kieliszku, wh**ky w koktajlu
Na przestrzeni lat festiwal pokazał również, że wh**ky nie musi być zamknięta wyłącznie w kieliszku degustacyjnym.
Pojawiały się koktajle przygotowywane specjalnie na tę okazję, a wśród festiwalowych wspomnień mam między innymi poncz na bazie Bulleit Bourbon. Był też Ardbeg Sour, koktajl, który z czasem wszedł do mojego prywatnego kanonu ulubionych kompozycji.
I właśnie takie doświadczenia są ciekawym uzupełnieniem klasycznej degustacji. Wh**ky można przecież poznawać nie tylko przez aromat, smak i finisz, ale również przez sposób, w jaki zachowuje się w miksologii.
Nad Bałtykiem pogoda ma własne zasady
W sobotę, czyli w dniu mojego przyjazdu, prognozy nie rozpieszczały. Miało być pochmurno i deszczowo. Bałtyk jak zwykle postanowił jednak zignorować prognozy.
Słońce pojawiało się na przemian z lekkimi kroplami deszczu, a pogoda zmieniała się niemal równie szybko jak profil degustacyjny wh**ky w kolejnych kieliszkach.
Po odebraniu pakietu festiwalowego pojawiła się pierwsza drobna niedogodność. Smyczka przeznaczona do kieliszka była skonstruowana w taki sposób, że kieliszek wisiał za stopkę. Przy degustacyjnej zawartości nie był to szczególnie praktyczny patent, wystarczyło trochę więcej ruchu, aby część zawartości mogła znaleźć się dokładnie tam, gdzie znaleźć się nie powinna.
Na szczęście smyczkę zastąpiła zawieszka z Wh**ky Live Warsaw którą zabrałem że sobą, na wszelki wypadek.
A potem można było już ruszyć na właściwy festiwal.
Pierwsze spojrzenie
Pierwsze wrażenie robiła przestrzeń.
Monumentalna scena, długa drewniana podłoga, momentami sprawiająca wrażenie lekko śliskiej oraz namioty wystawiennicze rozciągające się wzdłuż głównej alei.
W jednym miejscu masterclassy, dalej sklep festiwalowy, bar Domu Wh**ky, salonik VIP i pozostałe przestrzenie związane z organizatorem. W bocznych namiotach rozlokowali się pozostali wystawcy.
Całość miała charakter dużego, plenerowego wydarzenia, ale jednocześnie zachowała coś, co w festiwalach wh**ky jest dla mnie szczególnie ważne, możliwość swobodnego przemieszczania się między markami i rozmowy bez poczucia, że uczestniczy się w jednej wielkiej, anonimowej imprezie.
Pierwszym przystankiem był Bruichladdich.
Nie mogło być inaczej. Szymon, Andrzej, Nela i Tomasz znana i lubiana ekipa, którą od dawna cenię, sprawiła, że początek festiwalu od razu nabrał bardziej osobistego charakteru.
To właśnie tutaj pojawiła się również butelka, która sama w sobie zasługuje na chwilę uwagi.
Bruichladdich 12 YO – Nº 88, butelka 072/328, beczka nr 3832.
To wh**ky destylowana 24 maja 2013 roku, która dojrzewała w beczce po winie Bordeaux typu 1st Fill. Już sam sposób przedstawienia tej edycji pokazuje, że nie mamy do czynienia z anonimową butelką z szerokiego portfolio, lecz z pozycją przygotowaną z myślą o konkretnym odbiorcy i kolekcjonerach.
Butelka jest przezroczysta, szklana, z charakterystycznym turkusowym wykończeniem korka oraz tłoczeniem znajdującym się w dolnej części szkła. Największą uwagę zwraca jednak spersonalizowana etykieta, na której znalazło się zdjęcie pracownika destylarni, operatora wózka widłowego Camerona Mackiego.
I właśnie takie szczegóły są jednym z powodów, dla których Bruichladdich od lat potrafi budować wokół swoich wh**ky coś więcej niż tylko produkt.
To opowieść o ludziach.
Destylarnia nie ukrywa, że za każdą butelką stoją konkretne osoby, ich praca i codzienne funkcjonowanie zakładu. W przypadku tej edycji personalizacja nie jest więc wyłącznie zabiegiem estetycznym. Staje się częścią historii wh**ky.
Do tego dochodzi beczka po Bordeaux typu first fill – element, który może mieć istotny wpływ na profil dojrzewającego destylatu. Wino pozostawia w drewnie własny ślad, a wh**ky zyskuje możliwość przejęcia części tych charakterystycznych cech podczas maturacji.
To właśnie połączenie konkretnej beczki, daty destylacji, numeru beczki i indywidualnej numeracji butelki sprawia, że Nº 88 ma znacznie bardziej osobisty charakter niż typowa wh**ky dostępna z regularnej półki.
Butelka 072/328 z beczki nr 3832 staje się dzięki temu nie tylko kolejną pozycją degustacyjną, ale także zapisem konkretnego momentu w historii destylarni.
Później Breslauer Gin i kolejna znajoma twarz – legenda polskiej sceny barowej.
A następnie The Last Port.
To właśnie tutaj pojawił się pierwszy poważniejszy akcent degustacyjny.
Ichiro’s Malt Chichibu Red W**e Cask, edycja z 2023 roku.
Jeśli ktoś szukał odpowiedniego sposobu na rozpoczęcie dnia, ta butelka z pewnością nie należała do przypadkowych wyborów.
Glen Moray – lekcja wpływu beczki
Niedługo później na festiwal ze Słupska dotarł mój dobry przyjaciel Mateusz, a jednocześnie nadszedł czas pierwszego masterclassu.
Tym razem bohaterem spotkania był Glen Moray, a przewodnikiem po świecie limitowanych edycji marki – Iain Allan, Global Brand Ambassador.
Była to degustacja, która w bardzo praktyczny sposób pokazała jedną z fundamentalnych kwestii w świecie wh**ky: ogromny wpływ beczki na finalny charakter destylatu.
Chardonnay. Manzanilla Sherry. Porto. Madera. Single Cask.
Pięć różnych wh**ky i kilka zupełnie różnych sposobów na pokazanie, jak dojrzewanie oraz finisz mogą zmienić profil destylatu.
Spróbowaliśmy:
- Glen Moray Smoky Elgin 10 YO Chardonnay Cask Matured – Distillery Edition – 46%
- Glen Moray 18 YO Manzanilla Cask Finish – 53,4%
- Glen Moray Twisted Vine – 40%
- Glen Moray 21 YO Madeira Cask Finish – 46,3%
- Glen Moray Single Cask Port Wood Finish – 56,4%
Szczególnie interesująca była możliwość spojrzenia na Glen Moray przez pryzmat edycji mniej oczywistych – limitowanych, eksperymentalnych i kolekcjonerskich. To właśnie one często pozwalają zrozumieć, jak szerokie możliwości ma destylarnia, kiedy wychodzi poza podstawowy profil swojej oferty.
Masterclass miał również drugi, zdecydowanie bardziej osobisty wymiar.
Spotkałem Michała i Patrycję – znajomych jeszcze z czasów, kiedy właściwie nie było festiwalu wh**ky, którego bym nie odwiedził.
Dziękuję za buteleczki na sample. 😉
Takie spotkania są jednym z powodów, dla których nadal lubię festiwale.
Od Dalmore po Giffard
Po masterclassie można było wrócić do klasycznego festiwalowego rytmu – kieliszek, rozmowa, kolejne stanowisko, kolejna historia.
Dalmore.
A tam Piotr Kujawiak – jeden z najlepiej ubranych ambasadorów w Polsce. Oczywiście przy okazji dowiedziałem się, dlaczego to właśnie on ma najlepszego krawca.
Nie będę zdradzał szczegółów. Są historie, które lepiej usłyszeć przy kieliszku niż przeczytać.
Pernod Ricard przygotował własną przestrzeń z okrągłym barem i autorskimi koktajlami. To kolejny przykład tego, jak współczesna kultura wh**ky coraz mocniej przenika się ze światem miksologii.
Później Giffard.
Wojtek, kilka ciekawostek i przede wszystkim mocktaile. W świecie, w którym segment bezalkoholowy rozwija się niezwykle dynamicznie, takie prezentacje są coraz bardziej interesujące. Szczególnie wtedy, gdy rozmowa schodzi na temat granicy pomiędzy klasycznym koktajlem a jego bezalkoholowym odpowiednikiem.
Czy każdy koktajl można zrobić bez alkoholu?
To już zdecydowanie temat na osobną dyskusję.
Ostrygi, gin i bourbon
Były również ostrygi i Gin Oyster.
Morski klimat Sopotu aż prosił się o takie połączenie. Gin bardzo dobry, natomiast na live pairing z ostrygami ostatecznie się nie zdecydowałem.
Nie każdą degustacyjną pokusę trzeba przecież przyjmować.
Kolejny przystanek to Woodford Reserve.
Tutaj można było podejść do degustacji od nieco innej strony i pobawić się zmysłami na cztery różne sposoby. To jedna z tych festiwalowych atrakcji, które warto potraktować nie jako szybki przystanek, ale doświadczenie wymagające chwili uwagi.
A dla miłośników bourbona czekał jeszcze jeden mocny argument:
Woodford Reserve Master’s Collection No. 20.
Limitowana edycja, która zdecydowanie zasługiwała na zatrzymanie się przy stanowisku na nieco dłużej.
Podole Wielkie – polska gorzelnicza opowieść
Na koniec zostawiłem sobie dwa stanowiska.
Pierwsze z nich należało do Podola Wielkiego.
To marka, której wódki i okowity są mi dobrze znane i którą od dawna darzę dużą sympatią. W czasach, gdy wiele osób nadal patrzy na polską wódkę przede wszystkim przez pryzmat dużych, przemysłowych marek, Podole Wielkie pokazuje, że ta kategoria może mieć zupełnie inną twarz.
Rzemieślniczą. Surowcową. Dojrzewającą.
Rozmowa z Kamilem Dolatą była jednym z tych momentów, które przypominają, dlaczego warto rozmawiać z ludźmi stojącymi za produktem.
Bo czasami jedna informacja potrafi całkowicie zmienić sposób patrzenia na konkretną kategorię.
Sześć lat w beczce po słodkim winie Tokaj.
Tak – mowa nadal o wódce.
Jeżeli ktoś uważa, że wódka nie ma czego szukać w świecie świadomej degustacji, powinien najpierw spróbować takich przykładów, a dopiero później wyciągać wnioski.
Ostatnia butelka – największe zaskoczenie
Ostatnie stanowisko zostawiłem sobie na sam koniec.
Chopin Siedlce, którego właścicielem jest Podlaska Wytwórnia Wódek Polmos SA, jest stałym elementem wielu tego typu wydarzeń. Tym razem jednak pojawiła się nowość, która w momencie publikacji tej recenzji jest już dostępna w sprzedaży.
Produkt miał swoją prezentację również w Krakowie podczas Better Bar.
I tutaj pojawia się jedna z rzeczy, które w świecie alkoholi lubię najbardziej.
Butelka „spod lady”.
Niepozorne zaproszenie do spróbowania czegoś, czego niekoniecznie szuka się w oficjalnym programie, ale co może okazać się jednym z najciekawszych doświadczeń całego wydarzenia.
Wojciech Dorda poczęstował mnie czymś, co naprawdę zrobiło na mnie wrażenie.
Jedną z najlepszych polskich wódek ziemniaczanych, jakie miałem okazję spróbować.
Więcej jednak na ten temat nie będę tutaj zdradzał.
Ta butelka zasługuje na osobną recenzję.
Na razie wystarczy nazwa:
CHOPIN OAK CASK NO. 9 – 9 YO VODKA.
Dziewięć lat dojrzewania i polska wódka ziemniaczana pokazująca kategorię premium z perspektywy, która dla wielu osób może być sporym zaskoczeniem.
Po co wracać na festiwal?
I właśnie tak zakończył się mój festiwalowy dzień w Sopocie.
Nie jedną wielką degustacją.
Nie konkretną marką.
Nawet nie jedną wh**ky.
Tylko całą serią spotkań, rozmów i odkryć.
Bo festiwal organizowany przez Dom Wh**ky od dawna jest dla mnie czymś więcej niż miejscem, w którym można spróbować drogich i rzadkich butelek.
To przestrzeń, w której wh**ky spotyka się z ludźmi.
Gdzie obok szkockiego single malta pojawia się bourbon, gin, koktajl, okowita czy polska wódka ziemniaczana. Gdzie można przez kilkanaście minut rozmawiać o wpływie beczki na wh**ky, by chwilę później dyskutować o najlepszym krawcu wśród ambasadorów albo o tym, czy ostrygę rzeczywiście warto łączyć z ginem.
I właśnie ta różnorodność jest dla mnie największą wartością takich wydarzeń.
Bo po latach degustowania wh**ky coraz trudniej zaskoczyć człowieka samą nazwą butelki.
Znacznie łatwiej zrobić to człowiekiem, historią albo doświadczeniem.
A w Sopocie znalazłem wszystkie trzy.
Dlatego z festiwalu wyjechałem nie tylko z kolejnymi próbkami wh**ky.
Wyjechałem z kilkoma nowymi historiami, kilkoma spotkaniami, do których będę wracał, i jedną szczególnie interesującą butelką, o której jeszcze usłyszycie.
Po festiwalu – Novotel Gdańsk Marina
Po festiwalu zakończyłem wieczór kilkoma koktajlami w Novotel Gdańsk Marina. Duże wrażenie zrobił na mnie Pan Jakub, człowiek, który naprawdę rozumie hospitality. Wiedza, świetne podejście do gościa i umiejętność improwizacji, nawet przy braku cytryn, zaowocowały kilkoma naprawdę bardzo dobrymi koktajlami.
To właśnie tacy ludzie sprawiają, że do hotelu chce się wracać.
Bruichladdich
Glen Moray Wh**ky
Brown-Forman Brands
The Last Port
Dom Wh**ky Cocktail Bar
Festiwal Wh**ky Sopot
Podole Wielkie
Chopin Vodka
The Dalmore
Novotel Gdansk Marina
wśród fanów