13/04/2025
Nie szukaliśmy kulinarnego objawienia. Z Matim krążyliśmy bez większego celu po Starym Rynku w Poznaniu – przed południem, w tej niezręcznej porze, kiedy nie wiesz, czy chcesz kawę, czy jednak coś zjeść. Coś konkretnego, coś z charakterem. W międzyczasie przypomniałem sobie, że o K BOB wspominał mi Łukasz (pozdro, Gero!) – że dobre, że warto. No to sprawdziliśmy.
K BOB otworzył się pod koniec marca 2025 i już od wejścia czuć, że to nie jest przypadkowa knajpa. W środku azjatycki klimat spotyka się z miejską prostotą, a zapach chrupiącego kurczaka robi robotę, zanim zdążysz cokolwiek zamówić.
Wybrałem kurczaka Peanut – złoty strzał, jak się okazało. Chrupiąca panierka, słodko-orzechowy sos, mięso soczyste. Wszedł mi idealnie, bez dwóch zdań. Mati zamówił wersję z miodem i musztardą.
Do tego dorzuciliśmy frytki z boczkiem. Tłuste, porządne, z charakterem. Takie, które milkniesz po pierwszym kęsie i w głowie masz tylko: „Tak, to jest to.” Całość podana na metalowych talerzykach, z dodatkowymi – żeby dzielić się swoimi porcjami. Drobiazg, ale robi klimat. Jedzenie w ekipie nabiera tu jeszcze lepszego smaku.
Obsługa? Mega sympatyczna. Wystrój? Przyjemny, lekko industrialny, z koreańską duszą. Czujesz, że możesz tu usiąść, pogadać, zjeść i odpocząć – bez pośpiechu i bez udawania, że jesteś gdzieś, gdzie nie chcesz być.
Czy to najlepszy kurczak w mieście? Nie wiem. Ale wiem, że wyszliśmy najedzeni, zadowoleni i z planem, żeby tu wrócić. A Łukasz miał rację – warto było.