16/05/2023
Zapraszam do lektury
"Ula opowiadała, jak to w domu wszyscy zapadli na covid, tylko ona jedna przetrwała. Nawet gorączki żadnej. Wszystko zaś dzięki temu, że popijała sok z dyni z jabłkiem i burakiem. I że koniecznie muszę tego spróbować.
Miejsce nazywa się „Kuźnia smaków”. W Wasilkowie należy skręcić w prawo na Studzianki. Ulubiona trasa Wiktora Wołkowa, który zawsze trafiał tu coś ciekawego do sfotografowania. Gdy zaś ujrzycie zagrodę z kozami i dwoma srokatymi końmi, jesteście na miejscu. To tu.
Właścicielki jeszcze nie było. Pojechała zawieźć komuś obiad. Udaliśmy się zatem do kóz. Patrzyły na nas z ciekawością. Czy przynieśliśmy coś smacznego? Czy będziemy je drapać za uszami?
Przyjechała pani Kasia i zaprasza do środka. Wybraliśmy stolik przy kominku. Ula wybrała herbatę, ja cudowny sok - dynia z burakiem. Właścicielka poszła zrealizować zamówienie, a ja szybko przejrzałem menu.
– Nie ma zbyt wiele potraw z dyni – powiadam. – Krem z dyni i pierogi z dynią to wszystko, co ujrzałem w jadłospisie.
– Bo lubimy nieraz klientów zaskakiwać – roześmiała się Kasia. – Dziś jest na przykład babka ziemniaczana. Więc oczywiście trochę dyni dodaliśmy. Co wcale nie było takie łatwe. Dodajemy też dynię do kawy. Pieczemy dyniowe ciasta i babeczki. Cały obiad z deserem można zrobić z dyni, która wciąż jest u nas warzywem niedocenianym. A przecież pestki z dyni pomagają na prostatę i wszelkie męskie słabości. Więc ja teściowi i swoim chłopakom przykazuję, aby codziennie przynajmniej pięć pestek dyni zjadali.
– Pięć pestek dyni dziennie i trzymam lekarzy z daleka ode mnie – powiedziałem, przerabiając znane porzekadło o dwóch jabłkach dziennie.
– Otóż to – roześmiała się Kasia. – Przecież wiadomo, że na pięciu pestkach się nie skończy. Kiedy posadziłam dynie po raz pierwszy, urosła nadspodziewanie dobrze. Aż strach brał patrzeć, ile tego jest. Co tu dalej robić? Umyłam dynie, pięknie wyszczotkowałam i zawiozłam do tłoczni. Natłoczyliśmy soku i już jadąc do Białegostoku, napisałam na swoim profilu na FB: „Mam gotowy sok dyniowy. Jeszcze ciepły. Prosto z tłoczni. Kto chce?”. Zanim dojechaliśmy do domu, połowa soku była sprzedana! Więc następnego roku, kiedy mąż zapytał: „Co sadzimy?”, odparłam: „Jak to co? Dynie!”. I tak już kolejny rok mamy swoje dyniowe poletko. O którym zwiedziały się leśne zwierzątka. I przychodzą na wypas. Jelenie, sarny, dziki, a ostatnio nawet bobry z pobliskiego stawu. Coś w tych dyniach musi być, nie uważa pan?
Przyznaję, nie uważałem. Napiłem się bowiem soku - dynia z burakiem - i poczułem, jak wracają we mnie siły. Jak mój organizm, wypłukany przez alkohol lub też zimową dietę kartoflano-mięsną, nagle dostał energetycznego kopa. Poczułem, jak plecy mi się prostują i z pokręconego gryzipiórka zamieniam się w pięknego Adonisa. Ach, teraz to ja popiję. Wino będę zamawiał całymi dzbanami!".
Fragment książki "Pływające krowy, czyli zdrowo zakręconego Podlasia i nie mniej zakręconej Suwalszczyzny część druga" Urszuli Arter i Wojciecha Koronkiewicza
Fot. Magdalena Właszek; Katarzyna Zawadzka, właścicielka Kuźnia Smaków w Studziankach, jedna z bohaterek książki